Ozdobną, wypisaną po brzegi kartkę schowałam do sztywnej teczki i odłożyłam na bok. Z górki ustawionych zeszytów, sięgałam po kolejne, przeglądając ostatnie lekcje.
Na koniec wszystko powtórnie spakowałam, tym razem do plecaka i wzięłam telefon do ręki. Odblokowałam wyświetlacz i wcisnęłam ikonę wiadomości. Wybrałam kontakt mojej bliskiej znajomej i klikając litery, wpisywałam w białe miejsce zdania, nie trzymające się całości.
"Cześć Katy, możemy się spotkać przy parku. Jeżeli nie wiesz, o który mi chodzi to jest to ten z aleją z bezami. Odpisz szybko. Czekam. x"
Po chwili telefon zadzwonił mi w ręce. Odczytałam wiadomość.
"No okej. Widzimy się o 18 przy parku. Do zobaczenia xx"
Podeszłam do szafy, ubrałam się w spodnie i luźną bluzę. Na co dzień, nie ubieram się tak. Schowałam telefon do kieszeni i rozpuściłam jasne włosy.
Schodziłam w dół drewnianymi schodami, gdy usłyszałam otwieranie się drzwi. Zatrzymałam się na schodku i wsłuchiwałam się kto to.
- Witaj Horhe. - usłyszałam męski głos
Podchodząc do stolika, zabrałam pęczek kluczy i poinformowałam ojczyma o wyjściu.
- Będę po 20 w domu. Pa! - powiedziałam i wyszłam tylnym wyjściem, prowadzącym na ogród.
Skierowałam swój wzrok w stronę lasu. Żwawym krokiem ruszyłam ku niemu, zerkając na zegarek, który wskazywał godzinę 17:49. Przekroczyłam granicę między moim ogrodem, a lasem. Szłam spokojnie, nucąc przy tym kawałek mojej ulubionej piosenki.
W pewnej chwili usłyszałam trzask gałęzi. Stanęłam, sztywno obracając się wokół własnej osi. Niestety, a może i nawet dobrze, wysokie krzewy i małe drzewa przysłaniały mi widoczność równolegle do ścieżki. Po raz kolejny usłyszałam trzask, tym razem był on bardzo blisko. Na mojej twarzy poczułam zimny pot. Ruszyłam dalej, zaciskając odruchowo pięści. Nieznana postać zaczęła biec, szurając suche jesienne jeszcze liście. Rozejrzałam się dookoła, ale dalej nic nie widziałam. Co to ma być? Jakiś kiepski żart? Biegłam co sił w stronę parku, zamykając oczy od nadmiaru piasku w wietrze, który go unosił. W momencie uderzyłam o coś przed sobą. Szybko odskoczyłam do tyłu, otwierając oczy. Przede mną stał rozwścieczony koń, machający nad moją głową kończynami. Stałam i wpatrywałam się w niego jak w obrazek, przerażenie nagle minęło, a koń denerwował się coraz bardziej. Zaczęłam się cofać, ponieważ nie znałam zamiaru tego konia. Uszy miał pochylone do tyłu, a jego wyraz oczu świadczył o jednym - nienawiść. Spojrzałam na zegarek na ręce, który wskazywał godzinę 17:56. Nie zdążę!
Chciałam postąpić rozsądnie więc wycofałam się jeszcze trochę i zaczęłam biec w z powrotem. Usłyszałam galopujące, rozwścieczone zwierze. Nagle zmieniłam stronę biegu, aby lekko rozkojarzyć konia i dobiec na spotkanie ze znajomą. Koń zdenerwował się jeszcze bardziej, a przecież nie o to mi chodziło. Zwolniłam, ponieważ nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wyczuwałam oddech konia na moim gołym ramieniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz